W czwartek wieczorem – Bartosz Cheda – Akademia Retoryki Igora Zalewskiego
Przejdź do treści

W czwartek wieczorem – Bartosz Cheda

    Wszyscy pamiętamy triumwirat rzymski, trzech klasyków wiedeńskich i trzech muszkieterów, trzy osoby boskie, trylogie filmowe (jak „Trzy kolory”), a nawet wydarzenia historyczne, które nie były przecież zaplanowane jako triady – trzy rozbiory Polski, trzy wojny punickie. Do trójkowej kompozycji, niezmiernie mocno osadzonej w (pop)kulturze, jesteśmy tak przyzwyczajeni, że być może nie zauważamy nawet, do jakiego stopnia wniknęła w różne aspekty codziennego życia. Tym bardziej, że dotarcie do jej najgłębszych korzeni jawi się jako zadanie karkołomne.

    Trójka, mimo swojej nieparzystości, jest bodaj najbardziej symetryczną i możliwe, że najpiękniejszą liczbą świata. Cóż bowiem może wyglądać lepiej niż trzy samoloty lecące w formacji pod dowództwem środkowego, naturalnie wysuniętego nieco przed dwa pozostałe? Czy portret Harry’ego Pottera nie jest najpełniejszy wówczas, gdy na drugim planie towarzyszą mu Ron i Hermiona?

    Ta zasada przeniknęła także do retoryki, bo jesteśmy przyzwyczajeni, by slogany zawierające trzy słowa („wolność, równość, braterstwo”) albo podanie trzech następujących po sobie przykładów („żeby nie było bandyctwa, żeby nie było złodziejstwa, żeby nie było niczego”) to wybór najlepszy. Dwa to zbyt mało, cztery – nienaturalnie dużo.

    Wydaje mi się, że popadamy w ten schemat nie do końca świadomie, bezwiednie używając modelu trójkowego przy pisaniu tekstów, układaniu mów, albo nawet w codziennej komunikacji (ja to zrobiłem przed chwilą). Jeśli chcą państwo to zweryfikować, wystarczy choćby włączyć dowolny film i poczekać odpowiednio długo:

    „I drze na nich mordę: co za oddziały, ile tych dywizji, i w jakich lasach stacjonują. Studencik tłumaczy mu jak dziecku: że Stalin, że Laval, że metafora. A ten debil swoje: ile dywizji, jakie uzbrojenie i czy żołd dostają w dolarach, czy w zachodnich markach.”

    W tym krótkim cytacie ze spektaklu Teatru Telewizji pt. „Norymberga” kompozycja trójkowa pada (z ust, skądinąd świetnego, Janusza Gajosa) aż – co za przypadek! – trzy razy z rzędu.

    A dlaczego w ogóle o tym piszę? Bo rozpoznanie trójkowych schematów, które otaczają nas zewsząd, pozwala nie tylko na ich umiejętne stosowanie, lecz także – na unikanie ich niepotrzebnego nagromadzenia. Zastanówmy się, czy nasze wystąpienie nie zyskałoby na polocie i finezji, gdyby na przekór utartym schematom stosować w nim np. wyliczenia złożone z czterech elementów. Albo z dwóch?

    Struktura dwójkowa także jest powszechna i znana, czemu nie należy się dziwić. Dualizmów i przeciwieństw nie trzeba daleko szukać („Pomagamy i chronimy”, „Północ-Południe”, „swój czy wróg”), ale instynktownie czujemy, że ich wydźwięk (czy to w mowie, czy w piśmie) jest znacząco odmienny od kompozycji trialistycznej.

    A zatem jak postępować przy pisaniu mów? Moja ocena jest taka – należy opracować własny styl, w którym strukturę trójkową będziemy zarówno wykorzystywać, jak i przełamywać ją innymi zabiegami retorycznymi (trochę tak jak w przypadku czekolady z solą morską). I służę tu przykładem. Pod koniec drugiej części filmu „Psy”, niejaki Sawczuk powiada:

    „Moja śmierć niczego nie zmieni (…). Taki układ: raj-piekło; Bóg-szatan; dobro-zło. Tak było i tak będzie zawsze. My – albo oni.”

    Sawczuk był antagonistą filmu, przestępcą bezwzględnym i zepsutym do szpiku kości, ale jedno trzeba mu oddać – ostatnie słowa w życiu wyszły mu całkiem nieźle.

    Każdy człowiek współczesny byłby w stanie wymienić choćby kilka sloganów reklamowych, które stały się tak istotną częścią popkultury, że zaczęły żyć własnym życiem, pojawiając się choćby w tekstach satyrycznych, oderwanych od pierwotnej intencji. Mówię tu choćby o haśle „I’m lovin’ it” sieci McDonald’s, o zabawnym sloganie „Poznań – miasto doznań” albo o wręcz trywialnym „Das Auto”, którym „podpisywał się” Opel. Wszystkie mają jedną wspólną cechę – są wręcz do bólu proste, a przez to skuteczne.

    Siłę reklamy rozumiemy wszyscy intuicyjnie, podskórnie czujemy też, że podobne zabiegi doskonale sprawdzają się w przemówieniach – zwłaszcza tych, których podstawowym zadaniem jest wywołanie tzw. „efektu wow”. Porwanie tłumów, wzbudzenie owacji, zdobycie lojalności – oto cele, które nierzadko osiągamy dzięki zaledwie kilku trafnym słowom. Politycy czy biznesmeni, a zwłaszcza ci pierwsi, są mistrzami powiedzonek (które, nie ukrywajmy, często wymyślane są przez zręczniejszych językowo doradców).

    Nie czuję się na siłach, aby podawać przepis na to, w jaki sposób stworzyć własne, chwytliwe hasło. Chcę odbiorców tego felietonu jedynie do „sloganotwórczych” prób zachęcić poprzez pokazanie kilku jaskrawych przykładów. A tych nie trzeba szukać daleko.

    Ronald Reagan, zanim został politykiem, wykonywał zawód aktora i doskonale rozumiał, jak ważną rolę w przemówieniach publicznych odgrywa element show. Potrafił odgryźć się w nie do końca kulturalny sposób („Oh, shut up!”) albo sprawnie nawiązać do minionych wydarzeń z amerykańskiej polityki („I knew Thomas Jefferson, he was a friend of mine – and governor, you’re no Thomas Jefferson!”).

    Do historii w sposób najwyraźniejszy przeszedł jednak inny jego cytat – mowa tu oczywiście o berlińskim „Mister Gorbachev, open this gate! Mister Gorbachev, tear down this wall!”. Pomijając apostrofę – łącznie siedem słów. Wspaniałe, choć jednorazowe. Reagan nie chciał w ten sposób stworzyć sloganu wielokrotnego użytku, wystarczyło mu bowiem jedno przemówienie, by zapewnić sobie poczesne miejsce w historii retoryki.

    Więcej przykładów? Bardzo proszę – choćby „Yes, we can!” prezydenta Obamy, idealnie nadające się do skandowania. Albo „I have a dream” Martina Luther Kinga. W moim przekonaniu subkategorią powiedzonek czy haseł są takie, z których do powszechnej świadomości wszedł tylko fragment. Ale to nic złego – te słowa wciąż spełniają swoje zadanie. Są zapamiętane, powtarzane i przetwarzane. Nieodmiennie kojarzą się z tym, kto je wygłosił. Na przykład „Od Szczecina nad Bałtykiem po Triest nad Adriatykiem…” albo „…ziemi – tej ziemi”.

    Jak już wspomniałem, nie podam przepisu na stworzenie własnego sloganu, co nie znaczy, że nie istnieją wskazówki, gdzie szukać inspiracji. Felietony, które będę publikował w mediach Akademii Retoryki (na przykład ten o kompozycji trójkowej) przychodzą mi do głowy jako pierwsze – ale to zapewne dlatego, że sam je piszę. Na naszej stronie znajduje się także Muzeum Przemówień – zbiór tekstów i analiz najsłynniejszych mów świata. Do tego trenerzy Akademii służą radą i profesjonalnymi szkoleniami.

    Niepodobna kłócić się jednak z tym, że slogany – hasła, powiedzonka, jakkolwiek byśmy je nazwali – to jedno z najpotężniejszych narzędzi w ręku retora. Gorąco zachęcam do poszukiwania własnych. Bo jak nie my – to kto?

    Żyjemy w czasach, w których nie podejmuję się wyznaczyć granic mediów, to znaczy sposobów kontaktu z odbiorcą. Obok fonii i wizji mamy także haptykę (czyli przekazywanie informacji przez dotyk) i olfaktorykę (np. instalacje artystyczne wykorzystujące zapachy), a także rozszerzoną i wirtualną rzeczywistość, do których niedługo dołączą zapewne jeszcze nowsze media. Wydawać by się mogło, że postępujący lawinowo rozwój ogólnodostępnych technologii powinien pchać nas ku wykorzystaniu tych najnowszych technik komunikacji z odbiorcą.

     Być może niniejszą apoteozą słowa mówionego włożę kij w mrowisko, ale przyznaję się bez bicia, że reprezentuję pogląd daleko idącej kontestacji owych nowoczesnych środków wyrazu.

    Tytuł felietonu ma charakter umowny – posługuję się dobrze rozpoznaną dychotomią „radio vs. telewizja”, chociaż pod tym drugim słowem rozumiem wszelkie media nieopierające się na dźwięku.

    Daleki będę od szafowania komunałami pokroju: „telewizja kłamie!”, „TikTok ogłupia!” albo „nie ma ani jednej mądrej gry komputerowej!”, bo oddzielam formę od treści. Gotów jestem założyć się, że w komercyjnych stacjach radiowych znaleźlibyśmy tyle samo audycji przeznaczonych dla niewymagającego, mało wysmakowanego widza, ile obecnych jest w krytykowanej przez wielu telewizji albo na TikToku.


    Mój pogląd jest jednak taki, że praca z dźwiękiem, a zatem kontakt z odbiorcą wyłącznie przez jeden jego zmysł, ma szereg zalet. Jest czysta, oszczędna, mało agresywna, a przy tym jednocześnie bardzo uniwersalna i przystępna, by nie powiedzieć egalitarna. Na poparcie tej tezy podaję następujące argumenty.


    Po pierwsze – specjalizacja. Przeciętny podcaster czy autor audycji musi rozwinąć wachlarz umiejętności węższy niż w przypadku produkcji wideo. Dzięki temu może więcej czasu, uwagi i energii poświęcić na merytoryczno-artystyczną warstwę swojego dzieła. To tak, jakby ograniczoną ilość wody skanalizować w niewielkim, wartkim strumieniu, zamiast rozlewać ją po rozległej delcie.

    Eliminacja warstwy wizualnej wiąże się też z wykluczeniem czynnika wyglądu, który niejednej osobie (w tym mnie) zamknąłby zapewne drzwi stacji telewizyjnych. Nie mogę też nie wspomnieć o aspekcie finansowych – wyobraźmy sobie, o ile rzędów wielkości różni się budżet audycji telewizyjnej i radiowej, zwłaszcza takiej, którą robimy sami.
    Dostępność i egalitarność to wspaniałe przymioty audycji dźwiękowych. Sam staram się urzeczywistniać wymienione wyżej argumenty prowadząc dwa programy w Radiu Kapitał, które – wybaczcie autoreklamę – serdecznie wam polecam. Także dlatego, że stanowią dowód na to, że spełnianie się w warstwie dźwiękowej jest łatwo dostępne – wystarczy pomysł i inwencja.

    Stosunkowo niski próg wejścia łączy się też zupełnym przypadkiem z łatwością odbioru, bo słuchać możemy praktycznie wszędzie – i wielu z nas właśnie tak robi. Współczesne rozgłośnie to w zasadzie katalogi podcastów, dostępnych o dowolnej porze, z których możemy dowolnie wybierać. A jeśli jakiś słuchacz wybierze akurat nasz program – możemy się tylko cieszyć.

    Pozostaje jeszcze, rzecz jasna, kwestia głosu i języka. Szczególnie w tych obszarach cenna jest pomoc takich instytucji jak Akademia Retoryki. Nie można zrażać się tym, że nasz głos brzmi rzekomo „nieciekawie” albo że jest słabo wytrenowany. Można to zmienić! Mowa, która jest naszą wizytówką, powinna być czysta i dobrze brzmieć, lecz można ją kształcić i nad nią pracować. To zresztą inwestycja o charakterze ogólnym, która przyda nam się nie tylko w radiu.

    Reasumując – dźwięki są wspaniałe. Jestem ich oddanym fanem i propagatorem. Czego i Wam życzę. 

    Ciekawostka na temat truizmów – a przynajmniej niektórych – polega na tym, że bardzo łatwo o nich zapominamy. Kiedy ktoś przywoła któryś z nich w rozmowie (lub felietonie), nierzadko oburzamy się, że o takich oczywistościach to nawet nie warto dyskutować… a potem zdajemy sobie sprawę z tego, jak łatwo je zignorować. Mówię tu przede wszystkim o stwierdzeniach dotyczących współczesnego świata. Wiadomo na przykład, że ludzie urodzeni w latach 90. należą do ostatniego pokolenia, które spędziło dzieciństwo bez smartfonów w ręce. 

    Nie trzeba raczej nikomu przypominać, że na Ziemi żyje więcej ludzi niż kiedykolwiek wcześniej, że jesteśmy całkowicie uzależnieni od Internetu, że tempo naszego życia wzrasta w tempie kosmicznej superlokomotywy – lecz kiedy się zatrzymamy nad którymś z tych stwierdzeń, zawsze jest ten szok, zaskoczenie i drobna choćby refleksja.
    Dlatego gdybym miał wskazać tylko jedną książkę, którą warto przeczytać w tym roku, to byłby to „Szok przyszłości” Alvina Tofflera – i to wcale nie ze względu na to, że jest wydawniczą nowością. Jest wręcz przeciwnie, książka ma bowiem już ponad 50 lat, ale wnioski autora tylko przybrały na znaczeniu.

    „Szok przyszłości” jest doskonałym narzędziem, które pozwala nam zrozumieć nasze miejsce w historii świata, wygodnie i skutecznie odnieść pewne współczesne wartości liczbowe do tego, co było aktualne na przykład 100 lat temu. Mówię tu o takich statystykach, jak choćby cykl życia produktu czy czas, jaki upływa od opatentowania jakiegoś wynalazku do wprowadzenia na rynek jego kolejnej generacji.

    Wszystko się skraca. Wszystko płynie coraz szybciej, a to nie może pozostać bez wpływu na ludzką psychikę. Człowiek współczesny jednego dnia pochłania więcej informacji o świecie niż średniowieczny parobek przetwarzał przez całe swoje życie. A nasz organizm, z biologicznego punktu widzenia, nie ewoluuje wystarczająco szybko, by w pełni się do tych zmian przystosować.

    Toffler stawia dwie poważne tezy. Po pierwsze – „nie można wyobrazić sobie cywilizacji mniej przemysłowej niż ta, która na gruzach cywilizacji przemysłowej wyrośnie”. W tym zręcznym aforyzmie już pół wieku temu zaznaczył, że mamy do czynienia nie z rozwojem, ale z totalną rewolucją, czyli czymś, co Anglosasi opisują trafnym terminem „paradigm shift”.

    Po drugie natomiast dowodzi, że ludzkość zgina się pod ciężarem wyprodukowanej przez siebie technologii. Innymi słowy, w pewnym momencie (mówiąc kolokwialnie) „przestanie wyrabiać”, pokonany przez wszechobecną cyfryzację i wieczną zmienność świata, który sam zbudował.

    Siła tej lektury polega również na tym, że co kilka stron czytelnik doznaje tak zwanej „aha-reakcji”. Przeczytawszy kolejny akapit stwierdza: aha, ja też tak mam, doświadczam na co dzień tego, o czym pisze autor, cóż za trafna diagnoza! Wystarczy sobie jednakże przypomnieć, że „Szok przyszłości” napisano ponad pół wieku temu, by zrozumieć, że tezom Tofflera należy się szczególne uznanie. Nic nie straciły na swojej aktualności! Przeciwnie – dzisiaj na własnej skórze doświadczamy tego, co autor przewidywał i jesteśmy w stanie się z tym utożsamić dalece bardziej niż odbiorcy książki w dniu premiery.

    Pozostaje jeszcze wyjaśnić, dlaczego ten felieton ukazuje się na kanałach Akademii Retoryki. Odpowiedź na to pytanie jest prosta – jestem gorącym orędownikiem tezy, że każdy mówca powinien wiedzieć o świecie, w którym żyje dużo więcej, niż chciałby o nim opowiedzieć. Świadomość dziejowa – przepraszam za patos – jest kluczowa dla każdego, niezależnie od branży, stylu przemawiania, płci, wieku czy okoliczności, w których występuje. A książka Tofflera taką świadomość nam daje.

    Niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto nigdy nie narzekał na degradację polszczyzny (zwłaszcza w kontekście „dzisiejszej młodzieży”!). Pamiętam doskonale komentarze moich nauczycielek języka polskiego, które (z uporem godnym lepszej sprawy) zakazywały używania w wypracowaniach słowa „fajny”; bohaterów literackich zaś można było charakteryzować każdym przymiotnikiem innym niż „dobry”.

    Taka quasi-cenzura przynosiła oczywiście pożądany (i chwalebny) efekt, bo dzięki niej wzbogacaliśmy uczniowski wokabularz. Czy jednak można zgodzić się z tezą, że język polski ubożeje, a my wyrażamy się coraz wulgarniej?

    W tym pytaniu kryje się pewien podstęp. O ile nasza mowa, czyli sposób formułowania myśli, może być „prostacka”, „wirtuozowska”, „grubo ciosana” albo „kwiecista” – o tyle język, z którego ta mowa czerpie, nigdy niczego nie traci. Przypomina on bowiem powiększającą się kulę śniegową albo wykres postępu arytmetycznego.

    Do tezy, że każdy język stopniowo się bogaci, nie trzeba chyba nikogo przekonywać. Tworzenie nowych słów, takich jak choćby „samochód”, „komputer” albo „procesor” wynika z prostej konieczności nazywania wynalazków, koncepcji myślowych i zjawisk. Rozrywkowe słowotwórstwo to zresztą pole do znakomitej zabawy i zachwytów, które towarzyszą nam przy tworzeniu nowych, pozornie niepotrzebnych wyrazów („psunabudesowy” Karela Capka jest tu moim faworytem) albo przy odkrywaniu genezy obcych zwrotów (przykładowo hebrajski „machszew”, czyli „komputer”, jest formą rzeczownikową słowa „lachszow” – oznaczającego „myśleć”).

    Trudniej jednakże udowodnić pogląd, że język niczego nie traci. Wiadomo, że w dzisiejszym świecie mało kto określi swojego szefa mianem „chlebodawcy”, kulturalne zachowanie nazwie „nienaganną konduitą”, a o kimś, kto czerpie krociowe zyski powie, że „przepastne ciągnie intraty”. Zwróćmy jednak uwagę, że nie zapomnieliśmy o tych słowach. Przetrwały w tekstach, takich jak powieści, gazety, słowniki czy tomiki wierszy. Fakt, że sięgamy po nie rzadko, w najmniejszym stopniu nie neguje ich istnienia.

    Przykładem krańcowym niech będą tu najstarsze zachowane artefakty piśmiennictwa. „Daj, ać ja pobruszę, a ty poczywaj” – wszyscy pamiętamy, że to pierwsze zdanie w historii języka polskiego, które zachowało się do naszych czasów. Ze szkoły znamy też pierwszy polski wiersz („O zachowaniu się przy stole” Przecława Słoty). Dziś, kiedy zwracamy się dziś Boga, nie używamy przecież Słotowej apostrofy „Gospodnie!”, ale wiemy, co ona oznacza i rozumiemy, że drzewiej była ona stosowana powszechnie.

    To samo tyczy się słów, które w oczach współczesnego człowieka stanowią błąd gramatyczny czy aberrację ortograficzną. „Z Bożey łaski Król Saski Xiążę Warszawski” albo „ocena z historji” to po prostu relikty z przeszłości, które stanowią być może nieaktywną, ale wciąż integralną część języka polskiego.

    Świadomość tego wszystkiego, o czym napisałem wyżej, otwiera przed nami bardzo szerokie możliwości stylizacji. Archaizmy w przemówieniach doskonale sprawdzają się jako żarty albo narzędzie „światotwórcze”, dzięki któremu wprowadzamy słuchaczy w klimat epoki. Niektóre słowa, onegdaj używane powszechnie, w dzisiejszej polszczyźnie otrzymują kwalifikator erudycyjny albo publicystyczny; dzięki temu przydają naszemu wystąpieniu poloru, a samemu mówcy – splendoru.

    Uczyć się o nich warto z wielu powodów. Ale jednym z nich jest na pewno świadomość, że język nie ubożeje nigdy. A my, współcześni jego użytkownicy, możemy się z tego tylko cieszyć.